Zaliczyliśmy drugą górę z siedmiu otaczających Bergen. Jeszcze tylko pięć przed nami. Chcieliśmy się wybrać na najniższą z gór, jednak mieliśmy problem, żeby ja znaleźć, więc weszliśmy na inną. Okazało się, że to Løvstakken. Nadal nie jest bardzo wysoka, ale jako, że nie szliśmy żadną ścieżką, tylko przedzieraliśmy się przez żywą naturę było dość trudno. Ale nieporównywalnie lepiej niż na Floyen, gdzie szło się ułożonymi drogami, ciągle z tym samym nachyleniem używając tylko jednych mięśni. Dzisiaj mieliśmy dużo rozrywek wchodząc na górę. Widzieliśmy wodospad:
I napotykaliśmy liczne strumyki, których nie dało się inaczej pokonać niż przejść bezpośrednio przez nie.
A nawet jak strumyk udało się przeskoczyć to zaraz były jakieś inne podmokłe tereny. Już na początku wspinaczki moje buty były całkiem mokre i wyglądały tak:
Ale zdjęcie nie przedstawia tego co działo się w środku buta. Miałam tam tyle wody, że dało się wyżymać. Spodnie też miałam mokre, ale po powrocie do domu wzięłam porcję leków, więc może nie będę chora.
| Robin wspinający się na wieżę na szczycie. |
Na szczycie zastaliśmy też kolejny zatrawiony dach.
Fiord, w którym moczyłam nogi z góry prezentuje się jeszcze piękniej.
| To właśnie tam byliśmy, tylko z tej strony nie widać tego najwyższego szczytu. Ania, Helen i Robin |
No comments:
Post a Comment